Logowanie użytkownika

Zarejestruj się

Alarmujące wnioski z raportu o liczebności Sił Zbrojnych RP
Jak bardzo rozbrojonym narodem jesteśmy?
Powstaje raport o liczebności Sił Zbrojnych RP
Do czego prowadzi strach przed bronią palną?
Fundacja Ad Arma przekazała karabin żołnierzowi Wojska Polskiego

Strzelajmy razem, czarnoprochowiec dla Darczyńcy

Strzelajmy razem, czarnoprochowiec dla Darczyńcy

Brak decyzji najgorszą decyzją – do czego doprowadziła polityka zakupowa w Wojsku Polskim?

Prawie dziesięć lat temu testy poligonowe przeszedł demonstrator technologii polskiego czołgu lekkiego Anders. Gdy dzisiaj tego typu uzbrojenie wprowadzają do swoich sił zbrojnych m.in. Chiny i USA, Polska wciąż nie ma nowoczesnych czołgów podstawowych, czy choćby właśnie lekkich ani możliwości ich krajowej produkcji.

Kilka dni temu amerykańskie koncerny zbrojeniowe przedstawiły dwa prototypy nowych czołgów lekkich, które będą rywalizować o przyjęcie do U.S. Army. Ponad rok temu, tego typu nowe uzbrojenie w postaci lekkiego czołgu Typ 15 oficjalnie wprowadzono do wojsk lądowych Chin. Była to odpowiedź na plany rozwoju sił zbrojnych Indii, które rozważały uruchomienie programu opartego o polskiego Andersa.

Anders to projekt wielozadaniowej platformy autorstwa Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Urządzeń Mechanicznych z Gliwic. Jego testy bojowe przeprowadzono na poligonie jesienią 2010 roku a ich wyniki były bardzo obiecujące. Funkcjonalny demonstrator technologii stworzono za cenę dwudziestu milionów złotych, podczas gdy w krajach zachodnich koszty takich konstrukcji wynoszą nawet kilkaset milionów dolarów.

Anders w wersji lekkiego czołgu był uzbrojony w armatę kalibru 120 milimetrów zdolną zwalczać współczesne czołgi. Posiadał pasywny pancerz odporny na każdy rodzaj broni, o sile za małej do zniszczenia czołgu podstawowego, jednak jego zniszczenie nie byłoby problemem dla dedykowanych środków przeciwpancernych. Uzyskał on w ten sposób dużo niższą masę, a co za tym idzie większą dzielność terenową i potencjalną mobilność operacyjną, natomiast do jego zniszczenia nadal trzeba by było angażować środki przeciwpancerne. Miał również zaproponowane dwa nowoczesne systemy ochrony aktywnej. Platforma Anders umożliwiała także konstrukcję pojazdu w wersji bojowego wozu piechoty, pojazdu rozpoznania inżynieryjnego lub wozu dowodzenia.

Pomimo tak niezwykle obiecujących początków, zarzucono prace nad dalszym rozwojem tego projektu. W międzyczasie chiński odpowiednik Andersa wszedł do służby w tamtejszych siłach zbrojnych, a amerykanie już wkrótce rozpoczną testy własnych prototypów.

“Już 10 lat temu staliśmy przed historyczną szansą wdrożenia do polskiej armii nowoczesnego i wielozdaniowego pojazdu własnej konstrukcji. Mógł nam on zapewnić własne możliwości produkcyjne, nowe zdolności bojowe i niezależność logistyczną. To wszystko zostało pogrzebane a z cennych doświadczeń nie skorzystaliśmy. Obecnie inne państwa poszły tą drogą, zwiększając w ten sposób własne bezpieczeństwo” – komentuje sprawę Andersa Jacek Hoga, prezes Fundacji Ad Arma. “Polska płaci setki milionów dolarów przemysłom zbrojeniowym obcych państw, głównie USA, kupując od nich sprzęt wojskowy bez przetargów i negocjacji. W tym samym czasie do kosza wyrzuca się własne projekty, które zdobywają uznanie za granicą. Co więcej, kluczowe dla obronności Polski systemy uzbrojenia zostały niemal całkowicie uzależnione od logistyki innych państw – np. F16 i F35 od USA a czołgi Leopard od Niemiec. Z uwagi na sprzeczne interesy na arenie międzynarodowej oraz brak jedności w ramach NATO, może to poskutkować ograniczeniem lub nawet brakiem możliwości użycia tego sprzętu wojskowego w razie zagrożenia bezpieczeństwa Polski. Doskonale widać to na przykładzie ciągnącej się w nieskończoność modernizacji polskich Leopardów, które w połowie swej ilości nie mogą obecnie posłużyć nawet do szkolenia, nie mówiąc o braku możliwości użycia ich w razie rozpoczęcia konfliktu. Odpowiedzią na te problemy mógł być kierunek rozwoju zapoczątkowany przez badania na projektem Anders. Ktoś zdecydował inaczej, a wojska zmechanizowane, będące podstawową siłą wojsk lądowych, pogrążają się w coraz głębszym kryzysie sprzętowym” – podsumowuje Hoga.

Jak bardzo w Polsce nie szanuje się praktycznego prawa do życia?

Jeden z serwisów informacyjnych opublikował przedwczoraj reportaż na temat sprawy z Katowic, gdzie miesiąc temu aresztowano mężczyznę i postawiono mu zarzut usiłowania zabójstwa za obronę siebie i swojej żony przed uzbrojonymi napastnikami, do których strzelał z broni czarnoprochowej.

O sprawie media pisały już miesiąc temu. Według jednej z relacji, tuż po wyjściu z domu mężczyznę i jego żonę zaatakowało dwóch uzbrojonych w pałki i kastety napastników, którzy wcześniej już raz pobili mężczyznę i grozili mu śmiercią. Wywiązała się walka, w trakcie której kobieta doznała obrażeń. Mężczyzna oddał 3 strzały ostrzegawcze z rewolweru czarnoprochowego, który miał przy sobie, po czym postrzelił jednego z agresorów w nogę i uciekł wraz z żoną do domu.

Niektóre portale podają inną wersję wydarzeń, wedle której to strzelający z czarnoprochowca mężczyzna miał sprowokować całą sytuację.

Nie znamy szczegółów tej sprawy. Jeśli mężczyzna faktycznie działał w obronie, to mamy kolejny przypadek potwierdzający jak bardzo w Polsce nie szanuje się praktycznego prawa do życia. Jak często państwo myli obrońcę z napastnikiem.

Cały obecny system jest skonstruowany tak aby upodlić praworządnych Polaków i traktować ich jak kryminalistów i bandytów. W starożytnym Rzymie czasów republiki niewolnicy, których nazywano “mówiącymi narzędziami”, mieli prawo do posiadania broni i jej użycia w przypadku zagrożenia. W Polsce AD 2020 dostęp do współczesnej nam broni obwarowany jest absurdalnymi i nielogicznymi restrykcjami, których celem jest odstraszenie uczciwych obywateli od jej posiadania. W tym samym czasie przestępcy, którzy z definicji nie przestrzegają prawa, nie mają problemu ze zdobyciem nielegalnej broni. Umożliwiono nam co prawda posiadanie broni konstrukcyjnie pochodzących z XIX wieku lub starszych, ale już ich użycie w obronie własnej automatycznie robi z nas bandytów. Podobnie z resztą jak w przypadku użycia jakiejkolwiek innej broni, noża czy technik samoobrony.

Jak podają media, w sprawie mężczyzny z Katowic konieczna jest analiza biegłego aby stwierdzić, że na rewolwer czarnoprochowy nie jest potrzebne pozwolenie. Na urzędowe potwierdzenie oczywistego faktu właściciel broni poczeka w areszcie, po czym będzie zmuszony tłumaczyć się ze swoich czynów. Dzieje się tak gdyż państwo uzurpuje sobie monopol na stosowanie siły. W 2017 roku z trybuny sejmowej mogliśmy usłyszeć słowa wiceministra MSWiA Jarosława Zielińskiego, który mówił, że: “za bezpieczeństwo obywateli odpowiada państwo. Nie sam obywatel odpowiada za swoje bezpieczeństwo, tylko państwo i stosowne służby państwowe, które to państwo powołuje.”. Innymi słowy – jesteśmy systemowo ubezwłasnowolnieni jeśli chodzi o nasze zdrowie i życie oraz osób nam powierzonych. Stosowne służby, o których mówił minister, to m.in. policjanci, którzy w niektórych rejonach Polski masowo oblewają obowiązkowe egzaminy ze strzelania (np. w Poznaniu 70% funkcjonariuszy w 2019 r.). Nic dziwnego, skoro na trening jednego policjanta przypada raptem kilkadziesiąt naboi rocznie. Dla człowieka napadniętego na ulicy jedynym możliwym ratunkiem są więc jego własne umiejętności, posiadana broń lub osoby postronne. Tymczasem cały system w postaci ludzi, ustaw, rozporządzeń, przepisów, praktyki stosowania, interpretowania i wykonywania prawa skazuje swoich obywateli na śmierć lub kalectwo, gdyż zabrania de facto podjęcia walki z napastnikiem, który chce odebrać nam życie, mienie lub zdrowie.

“Strzelanina w mieście X”, “bójka na ulicy Y” – czytamy nagłówki w mediach. Pod tymi budzącymi grozę i złe skojarzenia hasłami często kryje się tragedia uczciwego obywatela, który bronił siebie lub kogoś innego. Z punktu widzenia “troskliwego” państwa oraz sprzyjających rozbrojeniu mediów, użycie rewolweru w samoobronie jest kwalifikowane jako wzięcie udziału w “strzelaninie” a uderzenie atakującego nas napastnika pięścią z udziałem w “bójce”. Innymi słowy – ktoś użył przemocy bez zezwolenia ze strony państwa. Nie ważne, że była to ofiara, która walczyła o swoje życie.

Wina za taki stan rzeczy leży przede wszystkim po stronie formacji moralnej i intelektualnej sędziów, prokuratorów, policjantów, urzędników i polityków. Dlatego oprócz zmian w prawie potrzeba długiej pracy u podstaw w celu przekonania społeczeństwa do zmiany przekonań wdrukowanych w ludzkie umysły przez lata propagandy. Jednocześnie, niezależnie od skali nieludzkiego postępowania organów państwa i jego administracji, potrzeba odważnych Polaków, którzy będą gotowi przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo siebie, swoich bliskich oraz nieznanych sobie osób postronnych.

Będziemy bezpieczni tylko wtedy, gdy będziemy wolni. Jeżeli chcemy tę wolność odzyskać, musimy zacząć od siebie. Od uświadomienia sobie, że użycie siły w celu obrony jest czynem słusznym i godziwym. Do tego zachęcamy jako Fundacja Ad Arma.

W powyższym temacie przypominamy także komentarz video pt. “Monopol na przemoc”:

Powstał pierwszy raport o reakcji organów RP na kryzys COVID-19

Fundacja Ad Arma opublikowała raport, w którym zestawiono zaangażowanie Sił Zbrojnych RP w kryzys wywołany COVID-19 z zaangażowaniem wojska w wybrane sytuacje kryzysowe z przeszłości, takie jak powódź stulecia z 1997 r. Wnioski z raportu wskazują na regres zdolności antykryzysowych RP oraz nieprzygotowanie państwa do kryzysu o rozmiarach większych od obecnego, szczególnie gdyby miał on charakter militarny.

“Tabele kryzysowe” to najnowszy raport Fundacji Ad Arma, w którym zestawiono wsparcie dla administracji państwowej wygenerowane przez Siły Zbrojne RP podczas wybranych sytuacji kryzysowych: zimy z 1978/79 r., powodzi z 1997 r., powodzi z 2010 r. oraz koronawirusa COVID-19 z 2020 r.

Już na samym początku autorzy raportu wskazują na niepokojące trudności związane z tworzeniem tego typu publikacji. Praktycznie nie istnieją bowiem poważne i rzetelne opracowania zawierające dane, liczby, koszty i inne fakty dotyczące wydarzeń kryzysowych z nie tak odległej przecież przeszłości. Wiemy więcej np. o lądowaniu w Normandii w 1944 r. niż o ewakuacji przez SZ RP ok. 74 tys. obywateli podczas powodzi w 1997 r. – zauważa Fundacja. Dlaczego do tej pory nie zostało to podsumowane? Dlaczego tak ważne dla całego kraju wydarzenia nie są tematami prac licencjackich, magisterskich i doktorskich na tak modnych ostatnio kierunkach jak bezpieczeństwo państwa? – zastanawiają się autorzy raportu.

Dokonana przez Fundację Ad Arma analiza dostępnych materiałów i źródeł wskazuje na regres obecnych zdolności antykryzysowych RP w porównaniu do możliwości, które Polska posiadała jeszcze dwadzieścia lat temu. Dla przykładu, w trakcie powodzi w 1997 r. w akcji brało udział ok. 50 000 żołnierzy, co stanowiło ok. 25% ówczesnego stanu Sił Zbrojnych RP. W ocenie Fundacji nawet tak duże zaangażowanie nie pozbawiło wówczas SZ RP zdolności do realizacji podstawowych zadań militarnych. Z kolei w trakcie kryzysu COVID-19 wiosną 2020 r. SZ RP wydzieliły do akcji jedynie ok. 7% stanu ewidencyjnego, czyli ok. 9 000 żołnierzy.

Z jednej strony wskazuje to na skalę sytuacji kryzysowej w oczach rządzących. Z drugiej strony nasuwa się pytanie, czy w razie potrzeby możliwe byłoby dzisiaj wydzielenie do akcji antykryzysowych 20-30% stanu osobowego SZ RP, bez jednoczesnej utraty możliwości obrony kraju przed zagrożeniem militarnym? Zdaniem Fundacji, byłoby to zapewne nierealne bez konieczności powołania rezerwistów, którzy z kolei od ponad 10 lat nie są szkoleni i przygotowywani na alarmowe mobilizacje. Na tak nagły wzrost etatów nie jest także przygotowana baza logistyczna. Autorzy raportu wskazują więc na poważny spadek dyspozycyjności personelu oraz instytucji RP do obrony kraju.

Na podstawie analizy wybranych sytuacji kryzysowych, danych i liczb zebranych w raporcie oraz obserwacji kierunku zmian Sił Zbrojnych RP wysunięto tezę, iż kryzys militarny średniego i dużego rozmiaru spowodowałby obciążenie SZ RP przekraczające możliwości bieżącej logistyki i w sposób istotny ograniczające zdolności SZ RP już w początkowej fazie takiego kryzysu.

Raport zwraca również uwagę na improwizację w zarządzaniu kryzysem COVID-19, przejawiającą się m.in. brakiem zastosowania ustawy o zarządzaniu kryzysowym oraz zignorowaniem wcześniej przygotowanych planów, procedur i struktur decyzyjnych. Stanowi to poważny sygnał ostrzegający przed możliwością nasilenia się tego typu zachowań w trakcie kryzysu militarnego. W ocenie Fundacji, jedną z przyczyn takiego zjawiska jest fatalna sytuacja systemu Obrony Cywilnej państwa. Ad Arma wskazuje w tym miejscu na wnioski z raportów Najwyżej Izby Kontroli z lat 2012 i 2018, według których w Polsce nie istnieje skuteczny system ochrony ludności. Przyczyną takiego stanu rzeczy są, według NIK, m.in. wieloletnie zaniedbania oraz anachronizm organizacyjny OC. NIK zauważyła też, że aż 29% kontrolowanych szefów OC województw, powiatów i gmin w ogóle nie powołało na swoim terenie formacji obrony cywilnej.

W końcowej ocenie Fundacji, kryzys COVID-19 obnażył słabość, niefunkcjonalność i nieskuteczność utrzymywanego sytemu w obliczu sytuacji wymagającej nieporównywalnie mniej zasobów niż prowadzenie działań wojennych. Poprzednie kryzysy już dawno powinny być dokładnie opisane a wnioski z nich wyciągnięte powinny zostać przełożone na realne działania usprawniające, których owoce powinniśmy dzisiaj oglądać. Zdaniem Fundacji, naprawę państwa postanowiono jednak zastąpić dobrym pijarem i kolejnymi zapewnieniami, że wszystko będzie dobrze. Efekty tych decyzji odczuwa dziś całe społeczeństwo. Zamiast skutecznego nadzoru nad podległymi sobie instytucjami i wyciągnięcia konsekwencji wobec nieudolnych urzędników, władza wprowadziła nadzór totalny nad zwykłymi obywatelami, na których sypią się wielotysięczne kary finansowe za samotne spacery po parku. Tak właśnie wygląda sposób na radzenie sobie z kryzysem w Polsce 2020 – podsumowuje wnioski z nowego raportu Fundacji Ad Arma.

Pełną treść raportu “Tabele kryzysowe. Zestawienie wsparcia dla administracji RP generowanego przez SZ RP podczas wybranych sytuacji kryzysowych” można pobrać ze strony:

https://adarma.pl/wp-content/uploads/2020/04/tabele_kryzysowe_raport.pdf

Fundacja Ad Arma

Pomóż nam wybrać okładkę książki

Na stronie zonageopolityki.pl trwa głosowanie na okładkę nowej książki Jacka Hogi, prezesa Fundacji Ad Arma. Chyba najlepiej prezentuje się wariant w samym środku. Co Państwo sądzą?

Głosowanie

Tabele lotnicze – nowy raport Fundacji Ad Arma

W wersji papierowej do nabycia tu: https://www.3dom.pro/Bezpieczenstwo-P…

Wersja PDF dostępna dla zapisanych na nasz newsletter na www.adarma.pl

Zbiór raportów – “Bezpieczeństwo Polski 2020”

Szanowni Państwo,

miło nam poinformować, że opublikowaliśmy właśnie “Bezpieczeństwo Polski 2020”. Książka to zbiór wydanych już wcześniej opracowań: „Raport w sprawie możliwości obronnych Wojska Polskiego”, „Fotoplastykon. Siły Zbrojne RP w liczbach”, „Inny wariant. Analiza wybranego wariantu konfliktu na obszarze Polski” – poszerzona o „Tabele lotnicze„ – dotychczas niepublikowany, największy i najbardziej obszerny ze wszystkich materiał dotyczący tego obszaru wojskowości. Przedstawiony tu zbiór raportów, to pierwsza w Polsce próba kompleksowego ujęcia stanu Sił Zbrojnych RP i ich potencjału obronnego. Książka uzupełnia pewną lukę, która powstała w debacie publicznej, w której o obronności naszego kraju mówi się niewiele.

3DOM

Specustawa, a wolności obywatelskie

Specustawa, a wolności obywatelskie

Koronawirus groźny nie tylko dla zdrowia – kilka refleksji na temat specustawy z 2 marca br.

Na przestrzeni zaledwie kilku tygodni wirus COVID-19 zmienił nasze życie nie do poznania. W dobie takiego zagrożenia oczekujemy solidarności i podjęcia odpowiednich środków zaradczych. Skupiając się na walce z zarazą nie dostrzegliśmy jednak tych, którzy próbują wirusa wykorzystać by odebrać nam konstytucyjne wolności. I to pod pozorem stawienia czoła zagrożeniu.

W nastrojach euforycznych polski parlament przyjął specustawę z dnia 2 marca br. Okrzyknięto ją narzędziem do walki z koronawirusem, godząc się na zawarte w niej postanowienia, przy zastrzeżeniach ze strony ledwie garstki posłów. Tempo prac uniemożliwiło jakąkolwiek rzeczową debatę, forsując akt w prawie niezmienionym kształcie.

Postanowienia związane z wirusem COVID-19 przede wszystkim przyznają nowe uprawnienia wojewodom oraz premierowi. Próżno szukać jednak listy tych uprawnień, gdyż… ich dookreślenie pozostawiono samym zainteresowanym! Zgodnie z ustawą nabywają oni odpowiednio prawo wydawania dowolnych poleceń zarówno organom administracji, państwowym osobom prawnym, ale też zwykłym osobom prawnym, czy nawet dowolnym przedsiębiorcom. Pomimo deklarowanego wydania tych przepisów dla przeciwdziałania wirusowi mogą one zostać z powodzeniem użyte do nakazania lub zakazania czegokolwiek – byle tylko organ subiektywnie uznał, że polecenie wydaje dla zwalczania lub przeciwdziałania wirusowi. Takie polecenia nie wymagają przy tym nawet uzasadnienia, co tym bardziej uzależnia je wyłącznie od woli i fantazji danego urzędnika.

Ustawa wprowadza nie tylko przepisy czasowe (na 180 dni), dedykowane COVID-19, ale też ingeruje w zwykły porządek prawny. Gdyby więc ktoś się łudził, że po wygaszeniu wirusa wszystko wróci do normy, to spieszę aby wyprowadzić go z błędu. Ustawa na stałe wprowadza jeszcze dalej idące rozwiązania. Odpowiednich inspektorów sanitarnych wyposażono np. w prawo wydawania decyzji wobec każdego już podmiotu prywatnego, przy pomocy której mogą oni „podjąć określone czynności zapobiegawcze”. Lista wskazująca zakres przyznanych uprawnień jest otwarta i zostajemy w tym względzie pozostawieni na pastwę urzędniczej wyobraźni. Termin na wniesienie odwołania skrócono do dwóch dni, sama decyzja nie wymaga uzasadnienia, może zostać wydana w formie ustnej i oczywiście uzyskuje automatyczny rygor natychmiastowej wykonalności. Wystarczy, że urzędnik uzna istnienie „niebezpieczeństwa” szerzenia się jakiegoś zakażenia lub choroby zakaźnej.

Miłośników Konstytucji, czy podstawowych praw i wolności obywatelskich pozwolę sobie odesłać do opinii opracowanej na temat tej ustawy przez Fundację Ad Arma. Ilość związanych z tym naruszeń jest bowiem tak duża, że ciężko byłoby zmieścić je w publicystycznej formie. Warto więc jeszcze przeczytać o zasadach kwarantanny, podkopaniu fundamentów wręcz ustrojowych, czy możliwości ograniczania konstytucyjnych praw i wolności obywateli przy pomocy zaledwie… rozporządzeń władzy wykonawczej.

Na koniec zwrócić warto uwagę na zmianę sposobu wykorzystania Sił Zbrojnych RP. Zgodnie z nowymi przepisami wprowadzonymi na stałe, można ich użyć do zabezpieczenia dowolnych zadań, o których powyżej była mowa. Wszystko zaś przy zlekceważeniu dotychczasowych procedur i planów na wypadek sytuacji kryzysowych.

Niech więc nikt się nie zdziwi, jeżeli – po opadnięciu już kurzu po harcach wirusa COVID-19 – okaże się, że jego samochód (bez uzasadnienia, ustnie, w trybie natychmiastowym, a może i w asyście dwóch uzbrojonych żołnierzy) zostanie mu odebrany przez urzędnika, dla zażegnania „niebezpieczeństwa” szerzenia się jakiejś wybranej choroby zakaźnej. Orzec można bowiem de facto cokolwiek. Zabór rzeczy to przy tym jedno z mniejszych zagrożeń, bo łatwo można wyobrazić sobie chociażby zakaz opuszczania domostwa w czasie np. wyborów, czy obowiązek wygłaszania przez dowolnie wskazane media – oczywiście dla zwalczania potencjalnego „niebezpieczeństwa” – określonej treści komunikatów. Wprowadzone przepisy umożliwiają zablokowanie Internetu, zakaz używania gotówki, zakaz prowadzenia określonej działalności gospodarczej.

Od wprowadzenia ustawy z 2 marca już nie mamy praw obywatelskich, które nie byłyby zagrożone przez wszechwładzę urzędników. Wszystko oczywiście dla naszego dobra. Tak w ciągu 30 lat zatoczyliśmy krąg i znów obudziliśmy się w państwie demokracji ludowej, gdzie o wszystkim decyduje nomenklatura.

Analiza okładka

Amerykański raport wyjaśnia przyczyny problemów w Wojsku Polskim

W USA ukazał się raport, którego uważna lektura wyjaśnia przyczyny problemów w Wojsku Polskim oraz trudności przy modernizacji naszego sprzętu wojskowego. Jego główne tezy przedstawiła Fundacja Ad Arma.

Amerykański think-tank RAND Corporation, z którego dorobku korzysta rząd USA, opublikował raport What Provokes Putin’s Russia? Deterring Without Unintended Escalation (Co prowokuję Rosję Putina? Odstraszanie bez niezamierzonej eskalacji). Celem publikacji jest określenie działań NATO, które mogą sprowokować Federację Rosyjską do zdecydowanej reakcji.

“Raport, pomimo tego że mówi o działaniach NATO jako całości, pisany jest z punktu widzenia interesu politycznego USA. Aby zrozumieć co wnioski z tej publikacji oznaczają dla nas, trzeba spojrzeć na tę publikację nie z amerykańskiej ale z polskiej perspektywy. To kluczowe dla zrozumienia tego, co dzieje się w Siłach Zbrojnych RP i w jaki sposób zmienia się strategia obronna Polski na przestrzeni ostatnich 25 lat” – mówi Jacek Hoga, prezes Fundacji Ad Arma.

Autorzy raportu zauważają, że w relacjach NATO z Federacją Rosyjską na terenie Europy ważne jest rozpoznanie i utrzymywanie polityki “odstraszania bez prowokowania”. Taka polityka wymaga zrozumienia i zdefiniowania tzw. “czerwonych linii” (“redlines”), których przekroczenie może doprowadzić kierownictwo Federacji Rosyjskiej do decyzji o zdecydowanej reakcji.

RAND Corporation wskazuje na cztery takie “czerwone linie”: 1) wzmocnienie NATO, 2) zakłócenie równowagi sił, 3) zagrożenie dla rosyjskiego reżimu oraz 4) utrata wpływu w “bliskiej zagranicy”. Obszary tych “redlines” mogą się pokrywać.

“Na nieprzekraczaniu tych czerwonych linii opiera się polityka USA wobec Europy Wschodniej. Jednocześnie trzy z czterech wskazanych w raporcie “redlines” stanowią strategiczny interes Polski” – zauważa Jacek Hoga. “Rozbudowa polskiej armii i modernizacja polskiego sprzętu wojskowego stanowią wzmocnienie NATO – to naruszenie pierwszej czerwonej linii. Od kilkudziesięciu lat kierunek rozwoju Wojska Polskiego oraz plany zakupowe i modernizacyjne MON dokonują się w oparciu o zasadę komplementarności. Oznacza to, że Siły Zbrojne RP nie mają stanowić samodzielnej siły a wyłącznie pełnić określone funkcje w ramach NATO. Gdyby Polska odzyskała potencjał do samodzielnej realizacji zadań obronnych, naruszyłoby to równowagę sił – drugą czerwoną linię wskazaną przez Amerykanów. Z punktu widzenia Polski istotne jest również wzmocnienie militarne Litwy, Łotwy i Estonii, gdyż wiąże się to bezpośrednio z bezpieczeństwem naszego kraju. Dla USA byłoby to przekroczenie kolejnej czerwonej linii – utratę przez Rosję wpływów w bliskiej zagranicy. Równocześnie przekroczone zostałyby dwie poprzednie redlines. Tę kwestię widać bardzo wyraźnie w raporcie RAND Corporation” – tłumaczy prezes Fundacji Ad Arma.

W omawianej publikacji RAND zaprezentowano także wnioski z serii gier wojennych. Ich rezultaty wskazują, że siły NATO w Europie Wschodniej są niewystarczające aby odstraszyć Rosję przed agresją oraz aby wesprzeć Litwę, Łotwę i Estonię w razie rosyjskiej agresji. Według szacunków, siły zbrojne Federacji Rosyjskiej zajęłyby stolice państw bałtyckich w 36-60 godzin. W celu zmiany balansu potencjałów na korzyść NATO, w rejon należałoby przemieścić i utrzymać co najmniej 7 brygad ogólnowojskowych (w tym 3 pancerno-zmechanizowanych) wraz z jednostkami wsparcia, w natychmiastowej gotowości do działania. RAND Corporation podkreśla przy tym, że siły te nie byłyby wystarczające do odparcia rosyjskiej agresji lecz jedynie do odstraszania przed nią.

“Takich sił w państwach bałtyckich nie ma i w najbliższej przyszłości nie będzie, gdyż NATO, zgodnie z polityką opisaną w raporcie RAND, nie planuje takiego zaangażowania w tym regionie” – mówi Jacek Hoga. Prezes Fundacji Ad Arma wskazuje jednocześnie na niewykorzystane przez Polskę szanse: “W 1995 roku Polska armia miała 12 dywizji, utrzymywanych w wysokiej gotowości operacyjnej. Jeśli powstrzymalibyśmy degradację wojska to obecnie mielibyśmy największe w Europie, po Rosji, siły zbrojne, które wystarczyłyby do zabezpieczenia kraju oraz projekcji siły na strategicznych kierunkach. Sam fakt ich istnienia zmieniałby rzeczywistość. Niestety nie zmienia, gdyż zamiast budować silną i samodzielną armię polskie elity polityczne zdecydowały, że staniemy się komplementarnym trybikiem w machinie NATO, podporządkowanym interesom politycznym USA. Ostatnie lata przynoszą poważne niepokoje w naszym rejonie świata, takie jak wojna na Ukrainie czy napięcia między Białorusią a Rosją a polska armia nie ma nawet podstawowych zdolności przeciwpancernych i przeciwlotniczych oraz w takich dziedzinach jak np. rozpoznanie. Ich posiadanie oznaczałoby bowiem przekroczenie czerwonych linii wyznaczonych przez Amerykanów. Właśnie to opisano w najnowszym raporcie RAND Corporation, gdy spojrzy się na niego z perspektywy Polski a nie USA” – wyjaśnia Jacek Hoga.

Polecamy Państwa uwadze także videokomentarz Fundacji Ad Arma w tej sprawie: